de politica

polityka
Bartosz Piotr Bajek

Ostatnio mogliśmy obserwować wiele ciekawych jak i żenujących wydarzeń w świecie naszej swoistej, polskiej polityki. Ja sam przyznam, bacznie obserwowałem te ostatnie wydarzenia, jak i reakcje, komentarze przez nie wywołane. Śledziłem kampanie wyborcze, obietnice, medialne donosy. Rozmawiałem z rodziną i przyjaciółmi o ich opiniach na temat tego wszystkiego i na końcu po raz pierwszy wziąłem w tak świadomy sposób udział w wyborach.

Ciekawym było przyglądanie się wyścigom obietnic w kampanii prezydenckiej ze świadomością ograniczonej władzy prezydenta w Rzeczypospolitej. Jeszcze ciekawszym było obserwowanie głupoty ludzi, którzy przez 11 lat quasi-demokratycznej Republiki Polskiej niczego się nie nauczyli i cyklicznie co pięć lat dają się nabrać na ten sam numer, że coś się z wyborem prezydenta zmieni.


Nudnawe debaty przedwyborcze były również ciekawe i wiele wnoszące, bo obnażyły głupotę społeczeństwa jeszcze bardziej, pokazując m.in. że:
- Polaków nie stać na obiektywizm i krytycyzm wobec swojego kandydata, bo odpowiadając na proste pytanie: kto wypadł lepiej w debacie? Wyrażali swoją sympatię do danego kandydata, a nie obiektywny osąd.
- Polacy nie zdają sobie sprawy z tego co mówią ich kandydaci (jak i oni sami niekiedy) - jesteśmy ślepo zapatrzeni w naszych liderów, nie słuchając ze zrozumieniem, np:
Podczas drugiej debaty B. Komorowski oburzał się na "pójście na wojnę za poklepanie po ramieniu", twierdząc że Polska podejmując działania militarne i sojusznicze (odzierając ten zwrot z poprawności politycznej: idąc na wojnę) powinna mieć wymierne korzyści m.in. gospodarcze z tychże działań. Niby ok, z tym że jeśli tak myślimy to niczym nie różnimy się od hitlerowskich Niemiec, które również szukały korzyści w postaci lebensraum kosztem suwerenności innych państw. Jeśli chcemy mówić o misji pokojowej (pomijając fakt, że amerykańskie misje z pokojem niewiele mają wspólnego), nie powinniśmy liczyć na więcej jak poklepanie po ramieniu.


Z pewnym rozczarowaniem przyglądałem się powrotowi retoryki J. Kaczyńskiego, bo wierzę że ludzie potrafią się zmienić i z jeszcze większą irytacją czytałem donosy o kolejnych wybrykach J. Palikota. Po śmierci elity polskiej w Smoleńsku i związanym z nim odczarowaniu wizerunku ś.p. prezydenta L. Kaczyńskiego, zacząłem z jeszcze większym dystansem podchodzić do informacji przekazywanych przez media. W celu wypośrodkowania zacząłem oglądać 'blok informacyjny': zaczynając o 18:50 Polsatem, przez TVN na TVP kończąc. Dopiero w takim zestawieniu widać, że w programach informacyjnych więcej jest interpretacji niż faktów, jeśli już to są to informacje wybiórcze (podstawa manipulacji), a co za tym idzie mniejszy obiektywizm i profesjonalizm.


Dziwiłem się debilnym argumentom w batalii o pochówek pary prezydenckiej, bo zrozumiałe jest że byli zwolennicy jak i przeciwnicy (dla mnie było to i jest obojętne) tak przy Kaczyńskim jak i Piłsudskim. Jednak protestujący z transparentem "czy napewno godzien królów" popisali się niebywałą głupotą i ignorancją (jeśli ktoś nie wie czemu, to już tłumaczę: królowie jacy by nie byli - dobrzy czy źli, mieli pochówek na Wawelu i nikogo nie obchodziło czy się to plebsowi i duchowieństwu podoba czy nie, więc jakaż to godność spoczywać pośród króli?). Osobiście byłem w stanie przyjąć to miejsce pochówku z racji na fakt śmierci prezydenta podczas pełnienia jego obowiązków (kadencji), ale gdyby to było inne miejsce to też przyjąłbym je na spokojnie.


I tak oto po burzach nasza polityka wróciła do sporów, przycinek, ataków, chamstwa i jeszcze większej polaryzacji na koalicję i opozycję, obwarowania i okopywania wrogich obozów przy błogosławieństwie opinii publicznej.


Szczycimy się byciem suwerennym, demokratycznym państwem, ale tak naprawdę żyjemy w patologii instytucji państwa, która z demokracją nie wiele ma wspólnego.


Nie wiem skąd wzięliśmy wzór, od kogo uczyliśmy się demokracji. Jedno jest pewne: coś poszło nie tak. Demokracja to nie tworzenie koalicji i opozycji. To nie układy i układziki - zobowiązania i zależności. To nie ugadywanie i targowanie się w celu przeforsowania, narzucenia reszcie swojej wizji. To co nazywamy demokracją w istocie rzeczy jest dyktaturą grupy, wypaczeniem demokracji.


W rzeczywistości aby ustrój był demokratyczny koalicja nie powinna mieć miejsca, a wszystkie ugrupowania polityczne powinny dążyć i współpracować na rzecz kompromisu, który mimo iż nie idealny zawsze będzie cząstkowym zwycięstwem i ustępstwem każdego i tu leży dobro Polski, a nie grupy. Opracowywanie ustawy nie powinno polegać na zobrazowaniu koncepcji koalicji i poddaniu głosowaniu w celu przeforsowania swojego pomysłu większością głosów, tylko powinno być wspólnie wypracowanym projektem, porozumieniem w przypadku którego głosowanie byłoby tylko formalnością. Wtedy moglibyśmy mówić o demokracji w Polsce.